What visitors are saying about Poland?

Book your holidays

From
To
Email
Phone
Nº of people

Full screenExit full screen
Slider

Wielka Brytania 2012-2500 km

Strona wyprawy: Wyspy Brytyjskie 2012

O uczestnikach wyprawy:

Piotrek Jędrzejak- ur.11.12.1981, Absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Jeleniej Górze. Od dziecka uwielbiałem rowery, pierwsze zauroczenie przeżyłem w wieku 14 lat po lekturze katalogu z rowerami marki Scott, już wtedy było to skorelowane z mocniejszym biciem serca i przyspieszonym pulsem. Na skutek tego bieżący rower- Mbike Renegade 0.6 jest już 18-ym w kolekcji( napewno nie ostatnim ). Brałem aktywny udział w maratonach rowerowych edycji Eska Gatorade Bikemaraton zajmując rozsądne lokaty ( około 20-go na koniec sezonu ). Każdą wolną chwilę spędzam na rowerze, wybieram go też często jako środek transportu do pracy. Jestem też częstym gościem na festiwalach rowerowych. Mam na swoim koncie kilka ciekawych wypraw rowerowych m.in. Wyprawę rowerową po Europie, Londyn-Paryż, Szkocja itd. Poza tym brałem też udział w maratonach biegowych w Berlinie i  Londynie. Gram czynnie w tenisa i koszykówkę

 

Mateusz Szabłowski- ur. 12.09.1991, Warszawa. Mam 20 lat, mieszkam w Warszawie i jestem studentem Akademii Obrony Narodowej. Interesuję się historią, ogólną tematyką zarządzania kryzysowego, a także kolarstwem. Odnośnie tego ostatniego , jeżdżę amatorsko w teamie Goggle Pro Activ Eyewear od trzech lat. Do największego osiągnięcia mogę zaliczyć drużynowe zdobycie 8 miejsca w Poland Bike’u. Mam na swoim koncie kilka wycieczek dwu i trzydniowych, zaś największą wyprawą była zeszłoroczna na Bałkany-3000km w 30 dni przez 12 krajów Europy. Także nie straszne mi obce tereny i przygody z nutką nieplanowanej adrenaliny. Poza tym lubię czytać książki o tematyce podróżniczej , szczególnie Kapuścińskiego.  W przyszłości planuję także wyprawy do Indii, Austrii, Wenecji i bardzo chciałbym dotrzeć na Krym. Oczywiście wszystko rowerem.

Relacja:

15 kwiecień 2012. Ta data wyznacza początek mojej wspólnej podróży z Piotrkiem. Budzik włącza się punktualnie o 4:00. Szybkie śniadanie w postaci jajek i parówki. Nie zdążam go zjeść , gdy Piotrek woła, że za 5 minut będzie taksówka. Zbiegamy na dół z bagażami , Pan z korporacji już czeka , więc pakujemy w pośpiechu wszelkie torby. Po dotarciu na dworzec PKP w Jeleniej Górze okazuje się , że mój towarzysz zapomina jednego z pakunków. Podczas jego powrotu do domu , ja staram się przenieść sprzęt na peron. Trzeba dodać , iż dwa rowery i 4 sakwy w pojedynkę ciężko się transportuje. Całe szczęście , 5:40 odjeżdżamy pociągiem do Legnicy , skąd ma nas przewieźć  bus. Niestety mimo ustalonej godziny , przewoźnik do Anglii się spóźnia prawie trzy godziny. Ale cóż zrobić? Dzielnie czekamy. Nareszcie nadjeżdża nowy Mercedes Sprinter , oczywiście pojawiają się pierwsze problemy. Nie ma miejsca na nasze rowery Raleigh. Skutek taki, że jeden z wielkich kartonów , konkretnie mój , jedzie razem z pasażerami. Budzi to delikatnie mówiąc ogólne niezadowolenie wcześniej wspomnianych. Dodatkowo smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że jedzie z nami rodzina Cyganów oraz pewien starszy Pan-przyjemniaczek, który od razu wyraża swoje stanowcze niezadowolenie z ograniczenia powierzchni w busie. Sytuacja zmienia się na szczęście przy granicy polsko-niemieckiej, gdzie spotykamy się z drugim pojazdem i następuje przeładunek. Panowie kierowcy dokładają wszelkich starań, żeby upchnąć wszystkie nasze bagaże marudząc pod nosem na temat ich gabarytów. Po kolejnej przerwie wsiadamy do busa i udajemy się w dalszą podróż…oby dalej, oby ta przeprawa busem już się skończyła, obyśmy już mogli wsiąść na rowery.

W końcu po kilkunastu godzinach każdy, o 9 rano dnia następnego wita nas Hatfield , miejscowość położona 15 mil od Londynu – oficjalny start wędrówki. Pogoda cudowna , słoneczko lekko przygrzewa , wiatr minimalny. Ruszamy drogą na Dunstable , podziwiając pejzaż lokalnych pól i wiosek. Wszędzie dominują uprawy , przemysłu nie widać. Oddychamy świeżym powietrzem. Oczywiście lewostronny ruch sprawia ,że niemalże doprowadzamy do kilku kolizji , nie wspominając o rondach , gdzie jadę z przyzwyczajenia w prawo i zdziwiony zauważam oburzenie kierowców. Tego dnia odwiedzamy Stratford-upon-Avon , które sławę zyskało jako miejsce narodzin największego angielskiego poety i dramatopisarza, Williama Szekspira. Mieści się tutaj Royal Shakespeare Company oraz 5 historycznych domów powiązanych z postacią poety i wiele innych wspaniałych atrakcji turystycznych. Aby zobaczyć miejsce spoczynku barda, odwiedzić należy kościół św. Trójcy. To tętniące życiem miasteczko jest idealnym połączeniem starego i nowego, a jego piękne otoczenie sprawia, że jest to świetne miejsce na relaksujące wakacje lub na jednodniową wycieczkę. Po zwiedzeniu Stratford-upon-Avon udajemy się dalej. Po drodze mijamy bezkres pól uprawnych, co typowe dla tego regionu kraju, wszystkie poprzedzielane żywopłotami.  Wieczorem dopada mnie kryzys. Jestem okropnie zmęczony i przeraźliwie wychłodzony. Piotrek widząc mój stan podejmuje szybką decyzję, iż potrzebny mi jest „kop energetyczny”(wersja ocenzurowana, Piotrek zwykł mówić trochę bardziej dosadnie;). Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, gdzie Piotrek robi szybkie rozeznanie cenowo-kaloryczne. W końcu siadamy i wspomagam się gorącą czekoladą i całą tabliczką tegoż smakowitego produktu w wersji stałej. Piotrek stwierdza, że w takim stanie nie mogę jechać dalej, więc niedaleko rozbijamy obóz. Jak się potem okaże decyzja ta była jak najbardziej trafna-odzyskałem siły utracone w wyniku niewyspania i wygłodzenia spowodowanego wspominaną do dziś jazdą busem.

O 6 rano budzi nas przeraźliwe zimno , namiot jest cały biały od szronu. Myślę sobie , że zima wróciła.  Śniadanie składa się z gorącego mleka z płatkami. Szybkie pakowanie i dziś stawiamy za cel dotarcie w pobliże Snowdonii. Tego dnia zaczyna się pech mojego kompana ( nie odpuści już do samego końca ). Najpierw przednia opona zostaje przebita przez gwóźdź,  zaś po 30 minutach Piotrek stwierdza ,że w tylnej jest jakoś mało powietrza. To kawałek szkła dziurawi drugą dętkę. Wszystko to dzieje się na betonowej drodze, na pierwszy rzut oka nie kryjącej zagrożenia. Na dodatek gubimy się w Telford po którym błądzimy ponad 40 minut. Telford jest w praktyce centrum handlowym wśród kilku wiosek, gdzie każda dzielnica to jakby odrębna wioska.

Do Snowdonii docieramy kolejnego dnia. Zaczynają się pierwsze podjazdy. Otoczenie jest przepiękne , malownicze wzgórza pokryte milionami pastwisk dla owiec , poprzedzielane kamiennymi murkami ( do dziś zastanawiam się komu chciało układać się te miliony kamyczków-jeden na drugim) , tworzą idealna okazję dla malarzy. A jeziora i szczyty jakby wychodzące z tafli jeziora dają wspaniałe odczucia. Przejeżdżamy przez Park Narodowy Snowdonia , wiatr osiąga prędkość ponad 20m/s , co skutecznie nas męczy i hamuje. Dodatkowym czynnikiem hamującym jest deszcz, który zacina bardzo intensywnie. Momentami myślę sobie, że szybciej będziemy iść aniżeli jechać. Pogoda jest także powodem tego, że turystów było bardzo niewielu, dróżki wyglądały na wyludnione. Snowdonia jest spokojnym terenem także z innego powodu – większość Brytyjczyków kocha Walię, ale nie wszyscy lubią po niej chodzić. Duża część osób wybiera podziwianie gór z dołu leżąc na plaży nad jednym z wielu jeziorek… Jednak ku naszemu zdziwieniu mijamy paru „sakwiarzy” pocieszając się w duchu, że są na tym świecie jeszcze inni „wariaci”, którzy mimo panującej aury wybrali się na podbój ten mokrej krainy;)

Przy tej okazji warto wspomnieć, że Snowdonię warto zwiedzać SZCZEGÓLNIE na rowerze, która oferuje sieć wąskich wiejskich dróżek, wiodących przez pola i ciche wioski, idealnych dla rowerzystów. Jadąc na rowerze podziwialiśmy malownicze widoki górskie oraz wybrzeże północno-zachodniej części Walii; ścieżki dopasowane są do różnych potrzeb turystów. Ci podróżujący z dziećmi mają do wyboru łatwe, wręcz sielankowe trasy, natomiast wyczynowcy mogą szaleć na trudniejszych ścieżkach wymagających dobrej kondycji fizycznej. Co do klimatu, to jest on rzeczywiście nieporównywalny z żadnymi innymi górami, o których słyszałem, czytałem, czy w których byłem. Chociaż wysokości w Walii tylko w kilku miejscach przekraczają 1000 metrów, góry tej krainy oferują one wspaniałe widoki. Zawdzięczają to niemal zupełnemu brakowi lasów, które zachowały się jedynie w najniższych partiach dolin. Zbocza, pokryte trawą i skałami, mienią się w słońcu bajeczną mozaiką kolorów – od jasnozielonego, przez żółty, pomarańczowy, czerwony, brązowy, do szarości i czerni nagich skał. Jednak żeby odkryć samemu urodę walijskich gór nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do wyjazdu w ten piękny, a jednocześnie niebyt często odwiedzany zakątek Europy. Jeśli kochacie góry za ich niepowtarzalne krajobrazy, możliwość obcowania z przyrodą czy niebanalną historię, przyjazd w góry Snowdonii gwarantuje każdą z tych rzeczy. Nie gwarantuje jedynie dobrej pogody, która ma tutaj zasłużenie złą opinię…o czym przekonamy się także tej nocy.

Ale zanim zaśniemy czeka nas jeszcze niesamowity wieczór.

Dlaczego? Otóż wieczorem Piotrkowi udaje się zdobyć słoik mleka od jednego z mieszkańców, który proponuje nam nocleg na swoim na polu z owcami , które beczą i beczą i nie przestają. Owce jak to owce co zjedzą, to…i to sprawia, że Piotrek niczym Sherlock Holmes chodzi z nosem i oczami przy samej ziemi w poszukiwaniu pustego miejsca, nie okraszonego „produktami spalania” będącymi wynikiem pasjonującej, owczej egzystencji. W końcu udaje znaleźć się odpowiednie miejsce oraz usnąć , by po kilku godzinach poczuć ,że ktoś szarpie mnie za ramie. Słyszę głos : „ Stary , nie jest Ci mokro?” Odpowiadam półprzytomnie , iż nie , po czym zasypiam. Nad ranem okazuje się  , że o 2 rozpętała się burza i zalało namiot. Jak się później okazało , mój śpiwór uległ niewielkiemu zamoczeniu , zaś Piotrka został przemoczony całkowicie. Jesteśmy zmuszeni korzystać z dobrodziejstw cywilizacji i suszyć śpiwory( i nie tylko) używając suszarek do rąk zamontowanych w supermarketach. Za każdym razem wzbudzamy sensację, spowodowaną po pierwsze naszym niebanalnym wyglądem-próbując wszelakich metod walki z deszczem wpadamy na pomysł nałożenia na ręce i nogi reklamówek, po drugie-ilością reklamówek z zakupami jakie często wozimy na sakwach. To wszystko kreuje w naszych głowach obraz rumuńskiego taboru. Tak też postanawiamy się nazwaćJ Tabor rusza dalej…

 

Pogoda w Walii zmienia się co 10 minut. Poranek w miarę słoneczny , po chwili zmienia się w ulewę. Woda wkrada się w każdą szczelinę ubrania i zniechęca do pedałowania. Jednak krajobraz znów wynagradza trudy.  Widać potęgę dzikiej natury , nieskalanej przez człowieka. Wiatr wiejący idealnie w twarz niemalże uniemożliwia jazdę. Docieramy do Porthmadog. Czuć zapach Atlantyku , zaś w porcie cumują liczne jachty. Można tutaj znaleźć szczególnie ładne i spokojne plaże. Szybkie zakupy w Lidlu i zjeżdżamy na półwysep Llyn. Nadmorska droga ukazuje ogrom oceanu. Błękit płycizn przeplata się z granatem głębin. Co niespotykane i szokujące , wzdłuż plaży została poprowadzona linia kolejowa oddalona około kilometra od brzegu. Jest tu wiele popularnych plaż, głównie w Pwllheli, Criccieth (tutaj polecam zobaczenie zamku, który dosłownie wdziera się w zatokę), Abersoch i Nefyn, wybrzeże jednak pozostało nieskazitelnie piękne. Najbardziej malownicze widoki rozciągają się na dalekim zachodzie oraz wzdłuż północnych górzystych wybrzeży

Kolejny dzień , to przede wszystkim zwiedzanie ogromnej twierdzy Caernarfon , broniącej niegdyś walijskich brzegów. Zewnątrz wygląda ona jakby czas się dla niej zatrzymał. Caernarfon wyróżnia się dekoracyjnymi pasami kolorowego kamienia i jedynymi na świecie zachowanymi strzelnicami dla słynnych łuków szybkostrzelnych. Robi na nas naprawdę duże wrażenie. Po nim następuje ostatnie spojrzenie na Narodowy Park Snowdonia i ruszamy ku północy. Po 50 km, gdy z mojej zębatki spada łańcuch , spotykamy Brada , który opowiada nam o tym , jak za młodu podróżował po okolicznych górach. Droga wzdłuż wybrzeża pozwala nam na chwilę relaksu i beztroskiego zachwytu nad bezkresem oceanu.

Rowery Raleigh do tej pory nie zawiodły. Jak się później okaże świetnie sprawowały się aż do końca wyprawy. Omijając autostrady kierujemy się na północ, by po trzech dniach dotrzeć do Lake District.

Dzikość i pustka Lake District jest niesłychanie nastrojowa. Jest to raj dla rowerzystów z pełną skalą trudności tras tak dla zwykłych rodzinnych wypadów po extremalne zjazdy dla rowerów górskich, niezliczona ilość szlaków turystycznych dla piechurów, skałki dla lubiących wspinaczkę tę lekką jak i wysokogórską. Można też zagrać w golfa, pójść na ryby nad jezioro lub nad morze oraz pojeździć konno.

Z Windermere , drogą A592 , pniemy się przez serce Kirkstone. Po około 2-godzinnej wspinaczce osiągamy szczyt. Pora na zdjęcia. Pełni radości spoglądamy w dół na przebytą drogę. Niestety szczęście się kończy z pierwszymi metrami zjazdu, bowiem rozpętuje się niesamowita ulewa , którą wieńczy grad. Nie widać nic w promieniu 5 metrów. W policzki trafiają twarde kulki lodu , niczym malutkie strzałeczki. Piekielnie boli. Na dole z butów wylewamy małe jeziora. Mimo wszystko dla zobaczenia tych górskich pejzaży – było warto. W dodatku spotykamy innego kolarza , imieniem Pit ,który mieszka niedaleko i zachwala okolice , zachęcając  by wrócić na „fullach” i eksplorować górskie ścieżki. Wtedy można zobaczyć prawdziwie wyczynowe trasy.

Jadąc dalej dochodzimy do wniosku ,że należy ominąć wielkiego molocha , jakim jest Glasgow. Docieramy do urzekającej pięknem, wypoczynkowej miejscowości – Largs. Wzrok cieszymy nadmorskim bulwarem , wzdłuż którego ciągną się małe palmy , a w oddali widać wyspę Great Cumbrae Island. Szczególnie polecamy wybranie się do Largs, jest tam przepięknie. Jak się potem dowiadujemy Largs jest tym dla Szkotów czym Brighton dla Anglików.

Kolejny dzień zaczynamy z zamiarem dotarcia do zamku Stirling. Jednakże w Greenock , na długim zjeździe w środku miasta , gubię Piotrka. Telefon się rozładował , więc brak możliwości jakiegokolwiek kontaktu. Po 2,5 godziny poszukiwań bezradnie próbuję włączyć komórkę. Dzieje się cud, bowiem zaskakuje na 3 minuty podczas których umawiamy się na wieczór pod zamkiem. Najkrótsza trasa wiedzie poprzez Glasgow i tysiące jego małych uliczek. Mapa okazuje się nieprzydatna. Pytam ludzi o drogę. Po kolejnych 2 godzinach udaje mi się opuścić wielkie miasto. Jest w nim mnóstwo autobusów , ludzi i taksówek. W centrum witają mnie wysokie kamienice i dużo hoteli. Dalsza podróż obfituje w ponowną pomyłkę trasy. Zatrzymuję nadjeżdżający samochód i pytam o właściwy kierunek. Pan na szczęście pomaga mi i docieram pod zamek o 21 , gdzie już oczekuje Piotrek.

Rano udajemy się na zwiedzanie twierdzy Stirling. Zamek usytuowany jest na wulkanicznej skale ,co zapewnia, że jest on widoczny z odległości wielu mil. Grube mury wznoszące się na 80 – metrowej skale wyglądają monumentalnie i sprawiają groźne wrażenie. Po zwiedzeniu zamku udajemy się dalej na północ. Droga do Inverness prowadzi przez góry Manadhliath , gdzie obserwujemy potęgę natury w postaci ogromnych wypiętrzeń terenu.

W kolejnych dniach zdobywamy Fort George , gdzie aktualnie mieszczą się koszary młodych rekrutów armii WB. Forteca ma aż milę długości i pół mili szerokości. Tylko mała część została udostępniona dla zwiedzających. Tutaj wdajemy się w miłą pogawędkę z kustoszem zamku, który opowiada nam trochę o historii zamku i okolicy. Stąd kierujemy się nad owiane legendą Loch Ness. Aby nie było zbyt łatwo , to Piotrkowi wypadają dwie śruby mocujące tylny błotnik. Dwie godziny przymusowej przerwy , ściągania bagaży i szukania pasujących śrubek. Całe szczęście takowe się znalazły. Nocujemy nieopodal wspomnianych fortyfikacji.

Jezioro jest bardzo długie i stosunkowo wąskie. Droga prowadzi ciągle wzdłuż tafli wody. Dookoła widzimy stare lasy , gdzie pnie drzew osiągają kilkanaście metrów szerokości , a także ośnieżony szczyty w oddali. Nocujemy w ruinach zamku Inverlochy pod Fort William. Zabawny fakt – całą noc się budziliśmy z niewiadomych powodów. Teraz myślę , iż może to wina duchów?

To już 22 dzień podróży. Pogoda okropna , ciągle pada deszcz. Dziś przebijamy się przez Ben Nevis, który jest najwyższą górą Wielkiej Brytanii (1344 m n.p.m.) i faktycznie dominuje w otoczeniu i dolinę Glencoe (okolice Glencoe miały swoje 5 minut w kinie, gdyż to właśnie tam kręcono niektóre sceny z filmu Harry Potter i więzień Azkabanu. Miłośnicy filmowej adaptacji przygód nastoletniego czarodzieja mają szanse rozpoznać w okolicach Glencoe miejsce, w którym mieszkał Hagrid, strażnik kluczy w Hogwarcie). Ben Nevis mimo, że jest główną atrakcją turystyczną w okolicy i w okresie letnim wielu na nim turystów, bez wątpienia warty jest „zaliczenia”. Na podjeździe silny wiatr w twarz. Jedziemy 5km/h. Po drodze myślę , czy nie zawrócić? Udaje nam się dotrzeć do doliny , stopy i dłonie przypominają bryłki lodu. Nie wiem , czy damy radę zjechać. Ciągle ulewa. Po około 45 minutach walki zaczyna się upragniony zjazd. W pewnym momencie podmuchy wiatru są tak silne ,że Piotrek dwa razy ląduje na poboczu. Docieramy na dół i szybko uciekamy w stronę Loch Lomond.

Naszym oczom ukazuje się wielkie jezioro. Jak poprzednie , jest bardzo czyste i otoczone wspaniałymi wzgórzami. Pędzimy do przeprawy promowej w Cairnryan. Tego dnia rozbijamy wcześniej namiot i kładziemy się na zasłużony wypoczynek. Budzik dzwoni o 6:30 i tego ranka prawdziwy pech po raz kolejny daje znać o sobie Piotrkowi…znany z energetycznego i impulsywnego charakteru wstaje i za chwilę pada w rozrywającym bólu na karimatę. Jak się później okazuje wysuwa mu się dysk w kręgosłupie, co całkowicie uniemożliwia jazdę  na rowerze.

 

To oraz bardzo drogie ceny biletów promowych zmuszają nas do rezygnacji z przeprawy promowej. Mimo tego widzieliśmy masę urzekających widoków, poznaliśmy ciekawych ludzi oraz zrozumieliśmy na czym polega fenomen wyspiarskiej pogody. Z pełną odpowiedzialnością polecamy wszystkim wyspiarskie krajobrazy…a co do deszczu-do niego też się można przezwyczaić.:) Zapraszamy do galerii wyprawy; większość zdjęć została wykonana w deszczu w czym bardzo pomógł pokrowiec przeciwdeszczowy na aparat Dicapac.

 

W pigułce

Noclegi – większość na dziko (nie ma z tym żadnego problemu), plus jeden u lekko nietrzeźwych Angielek;)

Bezpieczeństwo – nie spotkało nas nic złego, nie spotyka się tutaj raczej kierowców „po kielichu”

Największe trudności na trasie-pogoda a w zasadzie jej brak, ciągły  deszcz

Ceny –niektóre produkty spożywcze tańsze niż w PL, nasza rada: warto przychodzić na zakupy spożywcze do marketów wieczorem, gdyż wtedy towar jest przeceniony nawet o 90%, ogólnie metoda jedzenia z puszek+kuchenka turystyczna nie nadszarpuje budżetu

Najciekawsze miejsca na trasie – Lake District, Walia, Snowdonia, Largs, Dolina Glencoe, Fort George

Awarie – bardzo drobne ale częste: głównie pęknięte dętki, poza tym bezawaryjnie

 

 

 

What visitors are saying about Poland?

Book your holidays

From
To
Email
Phone
Nº of people